Cztery dni żużlowcy jeździli we Francji
Po zimowym zgrupowaniu w Szklarskiej Porębie żużlowcy Lotosu Wybrzeża Gdańsk szukają możliwości treningów na torze. W Gdańsku jeszcze długo takiej szansy nie będzie, bo tor najzwyczajniej w świecie nie nadaje się do użytku. Trener Stanisław Chomski zaproponował więc zawodnikom, na ich koszt, wyjazd do Francji.
Początkowo gdańszczanie mieli spędzić dwa dni na torze w Lamothe-Landerron, ale ostatecznie pobyt przedłużono o kolejne dwa dni, korzystając jeszcze z obiektu w Macon. Trenowali tam Dawid Stachyra, Thomas H. Jansson, Renat Gafurow, Tobias Kroner, Damian Sperz i Krystian Pieszczek.
- W Lamothe-Landerron odbywało się oficjalne otwarcie sezonu sportów motorowych. Zatem prezentowali się tam nie tylko żużlowcy, a tych, z całej Europy, było kilkudziesięciu. Na wyjazd na tor trzeba było więc dość długo czekać, ale nie ma co narzekać, bo mieliśmy wreszcie gdzie wykręcać pierwsze w tym roku kółka. Po dwóch dniach przenieśliśmy się jednak do odległego o kilkaset kilometrów Macon. Tam tor był doskonale przygotowany i byliśmy na nim sami. Warunki były więc idealne, zawodnicy głodni jazdy, która trwała tak długo, aż skończyły nam się zabrane z kraju zapasy metanolu - opowiada trener Chomski.
Wszyscy zawodnicy chwalili sobie pobyt we Francji, tym bardziej, że nie wiadomo kiedy znowu wyjadą na tor, bo w kraju warunków do treningów nie ma. Cieszył się też z możliwości treningów Tobias Kroner, który poprzedni sezon do udanych zaliczyć nie może, głównie ze względu na prześladujące go kontuzje. Teraz niemiecki żużlowiec chciałby startować jak najczęściej, ale może mieć kłopoty z przynależnością klubową. Nie ma jeszcze kontraktów w ligach angielskiej i szwedzkiej, a i w rodzinnych Niemczech musiał się rozstać ze swoim dotychczasowym klubem. Jak na razie pozostaje mu Lotos i wcale niełatwa walka o miejsce w składzie gdańskiej drużyny.
Wróćmy jednak jeszcze do tego co działo się we Francji.
- Praktycznie każdy z zawodników odjechał przynajmniej po 30 wyścigów, a to naprawdę spora dawka. Była okazja do sprawdzenia sprzętu i niestety potwierdziły się opinie o fatalnym wpływie nowych tłumików na pracę silników. Główny problem to ekstremalne przegrzewanie się silników i to do poziomu groźby eksplozji. A przecież we Francji temperatura powietrza nie przekraczała kilku stopni, a pomiędzy wyjazdami na tor były spore przerwy czasowe, pozwalające na schłodzenie silnika. Co więc będzie kiedy zawody odbywać się będą w temperaturze 20 i więcej stopni Celsjusza, gdy w trakcie meczu zajdzie konieczność jazdy wyścig po wyścigu, a na schłodzenie silnika nie będzie wówczas czasu. Do tego przy tych tłumikach żywotność silników będzie ograniczona, a to z kolei grozi sytuacją, że ci zawodnicy, którzy nie będą dysponowali większym budżetem, mogą nie zakończyć sezonu. Po prostu nie będą mieli na czym jeździć - dzieli się swoimi krytycznymi uwagami trener Chomski.
Gdy nie wiadomo o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Ktoś przecież na tej zmianie przepisów, zmianie modeli tłumików, będzie zarabiał. Tłumiki, które mają ograniczyć poziom hałasu krytykują praktycznie wszyscy zawodnicy. Stare modele mają obowiązywać tylko w trakcie zawodów Grand Prix, na ligowych torach ma być ciszej. Nie sądzę, aby na tej "ciszy" zależało kibicom, których odgłosy żużlowych silników i zapach paliwa przyciąga na stadiony.
W tym tygodniu gdańscy żużlowcy mają trenować w Lesznie, a jeżeli nie nastąpi załamanie pogody, to być może uda się w najbliższych dniach przygotować do jazdy tor na stadionie przy ul. Długie Ogrody.
Janusz Woźniak